Potrawy naszych dziadków, o których już nie pamiętamy


Marzec 27th, 2018 utworzone przez: Aneta

Co jakiś czas znajduję w internetach artykuły o potrawach, które gościły na stołach naszych dziadków przeszło osiemdziesiąt lat temu, a o których dziś już nikt nie pamięta. Czasy nam się zmieniły, mamy dziś smartfony, internet, telewizję cyfrową i wiele innych udogodnień. To samo dotyczy kuchni. Nie w sensie udogodnień, ale właśnie zmian.

Całkiem zapomniane

Nie da się zaprzeczyć, że dziś nasza polska kuchnia wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś. Nasi dziadkowie mieli nie tylko zupełnie inne spojrzenie na gotowane potrawy, ale także sami jadali przysmaki, o których my dzisiaj już w ogóle nie pamiętamy, choć w sklepach można je spotkać.

Niestety, pomiędzy fantastycznym okresem międzywojnia a współczesnością, mieliśmy twór o nazwie PRL, który sprawił, że sporo dawnych potraw odeszło w zapomnienie a w społeczeństwie zagościło przekonanie, że nasza tradycja to tylko mielony i schabowy. No i ewentualnie śledź. Nic bardziej mylnego.

ugotowany rak

Ugotowany rak (fot. z www.lobstergram.com)

Raki, móżdżek i inne frykasy

Myślę, że dziś kompletną abstrakcją dla współczesnego (zwłaszcza młodego) Polaka byłoby zjedzenie móżdżku zwierzęcego, który podobno nie tylko dobrze smakował, ale był bardzo zdrowy. Podawany na gorąco z jajkiem, na grzankach, był niemalże wizytówką każdej porządnej, szanującej się restauracji. Oczywiście obowiązkowo skropiony sokiem z cytryny, jak ryba. Ciekawe, kto dziś by go zjadł. Niektórzy patrzą z obrzydzeniem na serca i żołądki, o innych podrobach nie mówiąc… 😉

Mnie samą osobiście zaskoczyła informacja, że osiemdziesiąt lat temu z równym powodzeniem jadano także raki, które były nie tylko tanie i zdrowe, ale przede wszystkim łatwo dostępne. Przywożono je skądś? Nie! Wystarczyło, mieszkając w Warszawie, skoczyć nad rzekę i samemu wyłowić kilka dorodnych sztuk 🙂 Wisła płynęła wówczas czystą wodą, stąd taka popularność raków na warszawskich stołach. Można je było ugotować z koperkiem, zrobić z nich zupę lub nafaszerować bądź udusić w winie. Możliwości wiele.

Brzydki, brudny, ale smaczny

Ciekawą potrawą, dziś chyba rzadko spotykaną, był na dawnych stołach… gołąb. Dawne książki kucharskie zalecały wybieranie młodych osobników z białym mięsem na piersi. Gołębia można było spożyć z farszem z jajek i pietruszki lub jako potrawkę okraszoną kasztanami i maderą. Pychota…

pieczony kaplon

Pieczony kapłon (fot. z www.dadcooksdinner.com)

Pularda i kapłon… cóż za dziwnie brzmiące nazwy. Dla niewprawnego kucharza być może tak, ale ci którzy znają się na rzeczy (a na pewno znali się na tym w okresie międzywojennym) doskonale wiedzą, co to i jak przyrządzić te dwa dobrze znane ptaki. Bo pularda i kapłon to nic innego jak młoda, nierozwinięta płciowo kurka i wykastrowany kurczak. To nie brzmi miło, ale z całą pewnością miło je było przygotować z farszem, zapiec z parmezanem czy podać z agrestem.

Smażone pijawki

Czytając artykuły o tej tematyce natknęłam się na obco brzmiące słowo: minogi. Z niczym mi się to nie kojarzyło, więc po przeczytaniu dowiedziałam się, że to coś w rodzaju rybek, wyglądem przypominające pijawki. Może nie wyglądało to apetycznie, ale podobno każdy rasowy warszawiak zajadał się tym smażonym na maśle specjałem. Minogi można było dostać jako miłą zakąskę do wódki lub innego alkoholu. Czemu zniknęły ze stołów? Z tego samego powodu co raki: Wisła przestała płynąć wodą, a zaczęła trującymi pomyjami.

Dzisiaj wszyscy doskonale znamy majonez. To sos na bazie jajek, dodawany do sałatek i jaj na twardo. Tymczasem  w okresie międzywojennym nasi dziadkowie pod tym pojęciem rozumieli zupełnie co innego. Mianem majonezu określano po prostu konkretny sposób przyrządzania potraw, najczęściej z ryb. Gotowano rybę, układano na półmisku i polewano sosem majonezowym z dodatkami. W ten sposób otrzymywano majonez z ryb, pulard a nawet homarów.

Legumina, kasztany i parmezan

O ile parmezan, znany jako ser włoski, używany jest do dziś przy wielu potrawach, o tyle legumina i kasztany brzmią trochę obco. Mnie osobiście legumina od zawsze kojarzyła się z jednym z dań ukraińsko- białoruskich: coś jak bliny czy inne danie mączne. Znalazłam jednakże nareszcie opis tej potrawy i wreszcie wiem, co oznacza. Legumina to nic innego jak deser na bazie mleka i jajek z przeróżnymi dodatkami. Można było zrobić leguminę orzechową,  z wina, chleba, a nawet maku. To takie coś jak angielski pudding, tyle, że chyba smaczniejszy…

smazone kasztany

Smażone kasztany (fot. z www.thesaturdayeveningpost.com)

Co do kasztanów zaś to zawsze kojarzyły mi się wyłącznie jako danie francuskie lub jako owoce, z których można było robić ludziki i zwierzątka w szkole. Tymczasem ludzie przedwojnia zajadali się kasztanami, gotując z nich zupę lub podając jako nadzienie do potraw.

Zapomniane, ale wracają

To rzecz jasna tylko próbka tego, co można było znaleźć w przedwojennych książkach kucharskich. Takich przedziwnych specjałów było sporo, ale nie wszystkie musiały koniecznie znaleźć się na stole. Wbrew dzisiejszym pozorom jadano także homary, żaby, ostrygi i rzeczy, które kojarzą nam się już tylko egzotycznie a niesłusznie.

Wiele z potraw i przypraw tamtego okresu wraca i radzi sobie całkiem dobrze. W końcu nie każdy chce się żywić tylko schabowym i kapustą zasmażaną… 😉

Tagi: ,
W kategorii: Mięso, drób i ryby,Przystawki, przekąski i sosy
Komentarze: Dodaj swoją opinię »

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge



Copyright © 2012 Kuchenne Nierewolucje